Maniak ocenia #251: "Once Upon a Time" S04E18

MANIAK ZACZYNA


Od kiedy tylko Cruella De Mon pojawiła się w „Once Upon a Time”, bardzo intrygowała. Skąd wzięła się w Zaczarowanym Lesie? Jak zyskała swoją moc? Czego chce i na czym ma polegać jej szczęśliwe zakończenie? Czy także pragnie futra z dalmatyńczyków?
Odpowiedzi na te i inne pytania nie przyszły od razu. Ale w osiemnastym odcinku czwartego sezonu serialu wreszcie się pojawiły. Czy twórcy sprostali trudnemu zadaniu i udało im się zintegrować postać ze światem przedstawionym w serialu? Czy Victoria Smurfit wreszcie dostała więcej swobody i mogła zaprezentować całą gamę aktorskich umiejętności? I wreszcie — czy cruellocentryczny odcinek jest zwyczajnie dobry?

MANIAK O SCENARIUSZU


Poznajemy przeszłość Cruelli. Tymczasem w teraźniejszości, kobieta zaczyna realizować własne plany co do Autora, a Emma i spółka starają się jej w tym przeszkodzić.
Autorami scenariusza są: David H. Goodman oraz Jerome Schwartz. Tytuł brzmi: „Sympathy for the De Vil”, co stanowi nawiązanie zarówno do piosenki Rolling Stonesów, jak i postaci Cruelli.
Największą część odcinka zajmują retrospekcje. Wyłania się z nich niezwykle interesujący obraz pani De Mon. Obserwujemy ją przez pryzmat toksycznej relacji z matką, a później dość bliskiej znajomości z Autorem, by wreszcie poznać ostatni element układanki, który ostatecznie pozwala zrozumieć bohaterkę i to, co ją motywuje. Scenarzyści przygotowują opowieść pełną zwrotów akcji, która nie raz zaskakuje. Postać Cruelli doskonale dopełniają i osadzają w intrygującym kontekście. A do tego wszystkiego, nie zapominają o inteligentnych nawiązaniach: do książkowego pierwowzoru „101 dalmatyńczyków” oraz dwóch adaptacji Disneya, czyli filmu animowanego i aktorskiego.
Jeśli coś można zarzucić wydarzeniom z teraźniejszości to to że dość kiepsko je wyważono w stosunku do retrospekcji. Czyli, mówiąc bardziej zrozumiałym językiem, przeznaczono na nie zbyt mało miejsca. Nadal jednak udaje się upchnąć ciekawe niuanse (posunięcia Reginy a propos problemu z ostatniego odcinka czy też rozwój Titeliturego), a przede wszystkim — posunąć wątek Emmy mocno do przodu. I bardzo zaniepokoić końcówką widza. Mogą się, co prawda, pewne rzeczy wydać napisanymi na siłę czy bez żadnego psychologicznego uzasadnienia, ale tylko, jeśli jedynie przelotnie rzuci się na nie okiem. Kiedy przyjrzeć się z bliska, widać jak na dłoni, że wszystko gdzieś ma jakiś sens.
Ach, byłbym zapomniał, dialogi. To pod tym względem jedn z najlepszych odcinków. Do tego genialne elementy humorystyczne z wykorzystaniem nawiązań do popkultury. Czysty geniusz, prawie jak u Whedona!

MANIAK O REŻYSERII


Odcinek przygotowuje Romeo Tirone, jeden z czołowych reżyserów pracujących przy „Once Upon a Time”. I jak świetnie się tu bawi konwencją! Zwłaszcza w retrospekcjach, w których stylizuje niektóre przejścia montażowe na takie, jakie wykorzystywane były w dawniejszych filmach. W dodatku całkiem zgrabnie operuje emocjami i tworzy na ekranie fantastyczną atmosferę, którą niezwykle płynnie zmienia. Dzięki temu udaje mu się z powodzeniem zaskoczyć w momentach, w których scenarzyści obmyślili sobie zwrot akcji. Do tego należy dodać, że mądrze buduje kadr, często wysuwając na pierwszy plan pewne symbole (scena z Cruellą słuchającą radia czy też z Autorem czytającym „Wielkiego Gatsby’ego”). No i dba o płynny montaż, starając się łączyć poszczególne sceny wspólnym elementem (choć na tym polu nadal najlepiej wypada Ralph Hemecker).

MANIAK O AKTORACH


„Sympathy for the De Vil” to odcinek, w którym Victoria Smurfit wreszcie może się w pełni aktorsko wykazać. I wierzcie — aktorka naprawdę z tej okazji korzysta. Już od momentu, kiedy pojawiła się w serialu, pokazywała, że jest aktorką utalentowaną. Tym razem jednak, ma szansę zademonstrować swoją wszechstronność i łatwość w przybieraniu aktorskich masek. Jest naprawdę doskonała i bardzo wiarygodna — zarówno w wersji naiwnej i sympatycznej, jak i bezwzględnej, dążącej za wszelką cenę do osiągnięcia swych celów.
Scenarzyści i reżyser dają się też wyhulać Patrickowi Fischlerowi, wcielającemu się w Autora. Fischler zazwyczaj, zapewne dzięki aparycji, dostaje role przebiegłych, niesympatycznych gości. W „Once Upon a Time” jego postać… stanowi zagadkę. Ciężko Autora i motywy jego działań rozgryźć, a jednocześnie jest w nim coś przykuwającego uwagę. Fischler znakomicie to wszystko oddaje na ekranie, tworząc naprawdę złożoną kreację. Świetnie się go ogląda.
Znakomita jest występująca gościnnie Anna Galvin („Smallville”, „Mr Young”), która odgrywa rolę matki Cruelli. Dystyngowana, władcza, ale też potrafiąca zdobyć się na emocjonalność. Tę bardzo skomplikowaną postać Galvin gra z prawdziwym kunsztem, zachwycając ekspresją oraz prezencją.
Robert Carlyle jak zwykle dostaje kilka scen, w których Titelitury knuje i bruździ, ale najlepszy jest wtedy, gdy musi się całkowicie otworzyć i pokazać słabości bohatera. Robi to kapitalnie, wywołując w widzu mnóstwo emocji.
Postać Emmy idzie w ciekawym kierunku i Jennifer Morrison może się aktorsko wykazać. Z reguły dość nierówna, tym razem świetnie radzi sobie z uwydatnieniem zmęczenia bohaterki i dość wiarygodnie ją rozwija.
Lana Parilla nie ma tym razem zbyt wielu momentów, w których może się wykazać, ale warto przyjrzeć się scenom, w których wchodzi w bezpośrednią interakcję z Morrison — świetnie zaznacza w nich dojrzałość bohaterki.
Całkiem dobrze wypadają Ginnifer Goodwin i Josh Dallas. O tę pierwszą w gruncie rzeczy nie trzeba było się martwić, ale jej partner bywał mało wyrazisty. W „Sympathy for the De Vil” potrafi zaznaczyć jednak swą obecność.
Młody Jared Gilmore dostaje trochę więcej czasu ekranowego niż zwykle. Od czasu pierwszego sezonu chłopak gra naprawdę coraz lepiej, co widać w tym odcinku. Może musi delikatnie popracować nad intonacją i mimiką, ale no właśnie: delikatnie.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Zdjęcia są fantastyczne. Powolne najazdy kamerą, świetne barwy, szczegółowe zbliżenia — jak zwykle ten aspekt dopracowano jak najlepiej się dało. Nienaganny jest także montaż. Pomysły reżysera zrealizowane są bardzo dobrze, a całość jest naprawdę płynna.
Zachwyca charakteryzacja, zwłaszcza w scenach retrospekcji. Charakteryzatorom udaje się znakomicie uchwycić atmosferę dawnego Londynu. To wszystko, w połączeniu z niesamowitymi, szalonymi kostiumami oraz znakomicie zaaranżowanymi wnętrzami i plenerami, robi naprawdę niesamowite wrażenie. Zresztą — nawet te storybroodzkie segmenty nie są od tej strony najgorzej zrealizowane.
Efekty specjalne ograniczone są do minimum. Na chwilę pojawia się diabolinowy smok, potem mamy już tylko momenty, w których używana jest magia (dość przyzwoite mgiełki i smugi) oraz sztuczki montażowe (przedmioty pojawiające się znienacka na czyjejś szyi).
Muzyka to cudowne połączenie dotychczasowych, baśniowych motywów, z szalonym jazzem. Bardzo dobre wrażenie robi zwłaszcza nowa aranżacja znanego ze „101 dalmatyńczyków” utworu pt. „Cruella De Vil” — wręcz porywa do tańca.

MANIAK OCENIA


Twórcy znakomicie bawią się w „Sympathy for the De Vil” materiałem źródłowym i przygotowują zaskakującą oraz przemyślaną historię Cruelli, fantastycznie wplatając ją w mitologię serialu. W efekcie przygotowują naprawdę dobry odcinek, który ogląda się z zapartym tchem.

DOBRY

PS. Jeśli seans macie już za sobą, to zajrzyjcie też do mojej analizy!

Komentarze