Maniak ocenia #272: "Penny Dreadful" S02E04

MANIAK NA POCZĄTEK


Po wyprawie w przeszłość Vanessy Ives pora na powrót do teraźniejszości (czy też z punktu widzenia odbiorcy — mniej odległej przeszłości), który umożliwi śledzenie dalszego rozwoju wydarzeń, związanych z nowym zagrożeniem dla bohaterów. Wracamy zatem do nieustraszonej drużyny sir Malcolma Murraya, by wraz z nią odkrywać kolejne sekrety Verbis Diablo, a ponadto znów przyglądamy się Frankensteinowi, „Lily” oraz Calibanowi/Johnowi Clare i niepokoimy się o Ethana nękanego nie tylko przez depczących mu po piętach inspektorów policji i detektywów, ale także przez jedną z czarownic, Hekate.
Wszystkie te ekscesy zatytułowano dość wymownie, bo „Evil Spirits in Heavenly Places”, czyli „Złe duchy w niebiańskich miejscach”, co stanowi dość dosadną wskazówkę co do kierunku, jaki historia ostatecznie obiera.

MANIAK O SCENARIUSZU


Pierwszym, co rzuca się w tym w odcinku w oczy jest mnogość przeplatających się nieustannie wątków. Na szczęście nie są one poupychane na siłę i każdy z nich ma w opowiadanej historii konkretną rolę.
Ten centralny, związany z Verbis Diablo, służy przede wszystkim do rozbudowania mitologii serialu. Logan sięga znów do motywów biblijnych, judeochrześcijańskich; trochę odwołuje się również do „Raju Utraconego” Miltona. Bardzo zgrabnie to wszystko łączy z własnymi pomysłami i tworzy dość intrygującą zagadkę. Ponadto, wątek ten stanowi bardzo wyraźną oś fabularną, z której wyłaniają się i rozchodzą kolejne elementy opowieści, by potem znów zbiec się w końcówce — ze zdwojoną siłą.
Mamy więc znów kwestię Calibana i Frankensteina. Ten pierwszy pojawia się właściwie tylko na moment, ale za to w dość interesującym kontekście, bo raz: scena z jego udziałem stanowi niezłą, delikatną sugestię a propos dalszych wydarzeń (niekoniecznie związanych bezpośrednio z bohaterem); a dwa: z rozmowy, którą prowadzi, wynika, że coraz bardziej dojrzewa; coraz lepiej rozumie otaczający go świat i zaczyna dostrzegać coś, co wcześniej mu umykało. Wciąż oczywiście nie jest pozbawiony przy tym głębokiej uczuciowości i — jednak — naiwności, ale miło widzieć postępy bohatera.
Frankenstein nadal zaś mataczy przy wskrzeszonej Bronie alias Lily, ale też dostaje dość zabawną scenę z Vanessą Ives. Poza tym wciąż podkreślana jest jego osobliwa fascynacja Lily oraz wiecznie żywy wewnętrzny konflikt: wiara kontra nauka. To naprawdę skomplikowana postać i naprawdę ciekawie śledzi się jej losy.
Dość rozbudowany wątek dostaje Ethan Chandler. Gdzieś tam w tle przybiera na sile śledztwo w sprawie dziwnych morderstw, z którymi bohater jest przecież powiązany; ponadto sam Chandler zostaje wzięty na celownik czarownic, co ma później interesujące skutki. Całość poprowadzono bardzo konsekwentnie i spójnie.
Gdzieś tam oczywiście przewijają się jeszcze pomniejsze wątki. Jest więc troszkę Doriana, choć jego historia rozkręca się powoli (ale bardzo cieszy poruszana w niej problematyka); jest trochę Sembene, o którym nieco więcej się dowiadujemy; jest wreszcie trochę Malcolma i jego niebezpiecznej relacji z Evelyn.
I choć brak w tym wszystkim pewnej koncentracji i trochę — mam wrażenie — bezładnie w niektórych momentach skaczemy po niektórych wątkach, to wszystko nabiera pod koniec sensu.

MANIAK O REŻYSERII


Tym razem za kamerą stanął Damon Thomas, brytyjski reżyser, zajmujący się głównie serialami („Prisoners Wives”, „Lightfields”). I znów: trzyma się pewnej ogólnej drogi wytyczonej przez poprzedników, ale jednocześnie zostawia w odcinku coś od siebie.
Przede wszystkim Thomas przygotowuje odcinek bardziej klasyczny — z mniejszą liczbą odważnych rozwiązań. Nadrabia jednak tę zachowawczość wspaniałym wyczuciem jeśli chodzi o łączenie kolejnych scen i pomysłami montażowymi. Na pomysły te w szczególności warto zwrócić uwagę w ostatniej sekwencji, którą zrealizowano przy użyciu montażu równoległego. Thomas świetnie dozuje w niej napięcie i wzbudza w widzu — jeśli nie strach — to przynajmniej niepokój.

MANIAK O AKTORACH


Aktorzy znów nie zawodzą.
Eva Green ma okazję uderzyć nie tylko w ton cierpiącej, umęczonej Vanessy, ale portetuje też inne aspekty jej osobowości. Jest więc Vanessa  bardziej spokojna, zrelaksowana czy nawet skora do żartów. I takie skrajnie opozycyjne wobec siebie stany ducha bohaterki Green łączy bezbłędnie i niezwykle przekonująco (jak ja Evę uwielbiam!)
Harry Treadaway także dostaje szansę, by pokazać Frankensteina od innej strony. Nadal oczywiście mamy do czynienia z Victorem-przemądrzałym pyszałkiem, ale gdzieś dochodzi do tego pewne zagubienie, zakłopotanie czy nawet szerzej — jakaś aspołeczność czy nieprzystosowanie do życia z innymi ludźmi.
Warto zwrócić uwagę na Billie Piper, która coraz bardziej, stopniowo napełnia postać Lily życiem — a o to właśnie w tej postaci chodzi, by stopniowo stawała się coraz bardziej ludzka; by odnajdywała się coraz lepiej w otaczającym ją środowisku.
Rory Kinnear znów pokazuje Calibana wycofanego, nieco zagubionego i pragnącego akceptacji i po raz kolejny — choć pojawia się na niezbyt długo — niezwykle urzeka.
Josh Hartnett ponownie gra raczej przyzwoicie: bez większych fajerwerków, ale też bez sztuczności. Na pewno jest w tym co robi przekonujący, a to już starczy.
Podobnie jest z Sarą Greene („Wikingowie”) w roli Hekate. Nie wyróżnia się jakoś szczególnie, ale po prostu robi swoje i jest w miarę wiarygodna.
Bardzo mało w tym odcinku Helen McCrory, ale jak już się pojawia, to absolutnie przeraża. Ten chłodny uśmiech, z jakim jej bohaterka robi rzeczy absolutnie złe! Ta ekranowa charyzma! Nie można obok tego przejść obojętnie.
Podoba mi się to, co ze swą postacią robi Timothy Dalton. Gdzieś tam zaczyna wybijać uczuciowa strona opanowanego z reguły sir Malcolma, a Dalton — co oczywiście nie powinno dziwić przy aktorze tej klasy — świetnie sobie radzi z jej delikatnym obnażaniem.
Znów niesamowicie barwny, a przy tym zabawny jest Simon Russel Beale w roli Ferdinanda Lyle'a. Cudownie ogląda się na ekranie wszelkie jego manieryzmy, choć trzeba też docenić, że aktor umie to wszystko stopniować i wie, kiedy należy nieco postać wyciszyć, opanować.
Reeve Carney znów jest takim samym, niezmiennym Dorianem, ale w gruncie rzeczy zawsze ta postać potrzebowała w „Penny Dreadful” ekranowego partnera, by w pełni pokazać swój potencjał. Tu takiego partnera ma i jest nim Jonny Beauchamp („Stonewall”) w roli Angelique. Młody aktor pokazuje ogromny talent i odznacza się wielkim wyczuciem w portretowaniu tak skomplikowanej, wielowymiarowej postaci.

MANIAK O TECHNIKALIACH


Technicznie niezmiennie serial stoi na bardzo wysokim poziomie. Jeśli chodzi o zdjęcia, to tym razem przeważają ujęcia krótsze, zrealizowane jednak niezwykle starannie. Montaż również przygotowano fantastycznie, co szczególnie widać w końcowej, genialnej sekwencji. Jak zwykle dobrze wypadają takie elementy jak charakteryzacja czy scenografia — ta ostatnia doskonale oddaje klimat dziewiętnastowiecznego Londynu. Przyzwoite są efekty specjalne. Widać, co prawda, nieco komputera, ale raczej niezbyt to razi. Dźwięk jak zwykle gra bardzo ważną rolę w budowaniu napięcia, a muzyka Abla Korzeniowskiego czaruje.

MANIAK OCENIA


Dobra passa trwa i „Penny Dreadful” nie zwalnia znakomitego tempa, racząc kolejnym, świetnym odcinkiem. Oby tak dalej!

DOBRY

Komentarze